Kościelne public relations według Smarzowskiego - o filmie Kler

PUBLIC RELATIONS
Pusta mównica w kościele

Gdy korporacja z branży żywności zatruje jakiegoś człowieka, powołuje się zespół ludzi, którzy zgodnie z normami opracowanymi na wypadek takiego zajścia mają ratować wizerunek firmy. Jest to konkretny zespół osób, które mniej lub bardziej wierzą w politykę korporacji i potrafią z czystym sumieniem wybronić jej wpadki. Nie muszą brać na siebie odpowiedzialności za każdy błąd, bo przecież wina rozmywa się zawsze w dużych strukturach.

Wiedzą jednak, że stoi za nimi murem ogromna masa zwykłych pracusiów i gremium potężnych prezesów. O wiele łatwiej jest forsować niewinność, gdy ma się za sobą tak ogromne poparcie i siłę przebicia. Każdy liczy na to, że to jego właśnie prezes poklepie po ramieniu i powie: dobra robota. Bardzo często to wizja pochwały i awansu brzmi lepiej niż finansowa nagroda za coś, co ratuje równie abstrakcyjne pojęcie jak wizerunek firmy.

Wróćmy jednak do zatrucia. Będący owego dnia na zmianie pan Marian miał gorszy dzień, bo kłótnia z żoną wyprowadziła go tego ranka z równowagi. Jest znakomitym kontrolerem jakości i często popiera firmę, w której pracuje. Wierzy, że jej produkty są dobre i smaczne, bo jest bardzo blisko, by ocenić właśnie ich jakość i przydatność. Jednak pan Marian tego dnia nie zaliczy do udanych. Kilkanaście dni później dostaje ostrzeżenie, a tydzień później razem z kolegą ze zmiany muszą opuścić tak lubianą firmę. Nie jest to łatwe, gdy zdajesz sobie sprawę, że życie prywatne i życie zawodowe tak bardzo wpływają na siebie i w żadnym z nich nie można popełnić błędu.

Pan Marian nie musiał zapłacić milionowego odszkodowania, bo firma wybroniła się na płaszczyźnie PR. Prezesi przyklepali plan działania, a najlepsi prawnicy mieli do dyspozycji naprawdę dużo argumentów przeciwko temu, który się zatruł: palił papierosy, okazyjnie pił alkohol, rzadko chodził do lekarza. Było wiadomo, że niedoskonałości małego człowieka nie mają żadnych szans z potęgą korporacji.

Są jednak sytuacje, w których nawet najlepsze Public Relations zdaje się na nic. Jeśli w wielu zakładach produkcyjnych należących do owej korporacji pojawiają się błędy, który wysyłają klientów do szpitala z zatruciem, czas zastanowić się nad czymś więcej. Nie da się zamiatać pod dywan kilku, kilkunastu zdarzeń w różnych miastach. Media zaczynają węszyć, a ludzie zaczynają gadać i przestają kupować. Spadają obroty. Świetny branding i precyzyjne zarządzanie przestają mieć znaczenie, gdy trzeba ratować tyłek w opałach. Wiara czyni cuda, ale rozsądek pozwala ocenić ich zasadność.

Wiele przypadków zatruć, nawet śmiertelnych, to już nie tylko medialna nagonka, to lawina pozwów i zainteresowanie wszelkich możliwych instytucji kontroli i nadzoru. Są oczywiście korporacje, które trudno dosięgnąć, jednak żadna firma na świecie nie lubi tracić klientów. Wówczas niektórzy z grona władz firmy wyciągają z sejfu zakurzony manifest dobrego biznesu: "przecież działaliśmy według zasad!".

Jedni mówią wówczas: ryba psuje się od głowy. Inni powiedzą, że to szeregowi pracownicy i brak komunikacji wpływają na pogorszenie jakości i błędy. Wszyscy mają swoją rację. Jednak ta desperacka racja występuje tylko wtedy, gdy strukturę organizacji traktuje się piramidalnie. Gdy góra nie pozwala na obrzucenie jej odpowiedzialnością za niedziałające procesy i zły dobór środków zepsuta ryba dalej pływa. Mało tego, jeśli uda się nakłonić odpowiednią ilość osób do zmiany postawy, dobry i solidny wizerunek przysłoni niedociągnięcia.

Kościół istnieje już dwa tysiące lat. Wiadomo, że na początku były inne realia. Rynek był bardziej podatny na szczodre hasła, a ludzie wierzyli w cuda, bo te wydarzyły się całkiem niedawno. Jednak akumulator się zużywa i energia dostarczana do światłości może nie wystarczyć, by wszyscy docenili jakość i zbawienność tego światła. Kościół dwunastu apostołów urósł do niewyobrażalnie wielkiej struktury. Setki tysięcy księży na całym świecie głoszą Słowo Boże mając często na myśli te same prawdy co św. Piotr, ale żaden z nich nie jest nadczłowiekiem. Każdy z nich jest częścią zasobów kadrowych wielkiej korporacji, która ma swoje zasady, regulaminy i wytyczne.

Tak jak w każdej korporacji są Ci, którzy spoglądają w przyszłość i próbują dogonić rozwój wydarzeń i zmiany kulturowe. Ale są też Ci, którym przyświeca wierność ideologii, dla której wstępowali w szeregi. Żaden z nich nie włącza się do Kościoła by obalać jego dwutysięczną historię, ale żaden z nich nie ma na tyle siły, by w pojedynkę tę wiarę nieść tylko na własnych barkach.

Dlatego też naganny PR polega tylko na tym, że należy zwolnić tych, którzy źle robią, źle mówią i słabo wierzą. Najgorszy PR to ten, który próbuje wykorzystać innych, by budować. Kościół, tak jak wiele starych i doświadczonych instytucji popełnia błędy i uczy się przede wszystkim jednej złotej myśli, którą Marek Kondrat powtarza w najnowszej reklamie jednego z banków: bez klientów nie ma biznesu. Bez wiernych nie ma Kościoła. Ale także bez zła nie wiadomo czym jest dobro, na którego fundamencie można budować nie tylko dobrą strategię PR.